Świadectwo Tomasza

„To jest banalnie proste, trzeba to zrobić i po prostu iść. Także i dlatego trochę wstydem jest dla osoby, która mówi o sobie, że jest świadomym katolikiem, a która nie wie, jak wyglądało wiele setek lat rozwijania się rytu katolickiego”.
 

 
 
Moja znajoma była swego czasu bardzo zaangażowana w duszpasterstwo akademickie przy kościele dominikanów. Opowiadała mi, że zawsze, gdy wychodziła ze Mszy na Służewie, miała takie poczucie, że zostawia coś bardzo ważnego. Jakąś wspólnotę, od której ciężko się oderwać. Że ta Msza była dla niej niezwykłym przeżyciem i takim miejscem wspólnotowego spotkania, że tak naprawdę nigdy nie chciała wychodzić z tego kościoła.

A kiedy pierwszy raz przyszła na Mszę trydencką i pierwszy raz po tej Mszy wyszła z kościoła — zrozumiała nagle, że przeżyła zupełnie coś innego. Poczuła, że po tej Mszy chce wyjść i tę dobrą nowinę, o której usłyszała i którą przeżyła także w trakcie tej Mszy, zanieść całemu światu. Myślę, ze to bardzo ciekawe spostrzeżenie. Z jednej strony to doświadczenie wspólnotowości, które gdzieś ostatecznie zamykała, a z drugiej strony niesamowicie wyzwalające poczucie, które daje Msza trydencka.

Jeżeli chce się komuś opowiedzieć o tym, dlaczego warto chodzić na Mszę trydencką, to jest to trochę jak z opowiadaniem komuś, kto nigdy nie chodził po górach, o tym, jak fantastycznie jest to przeżycie. Jeśli ktoś tego nie przeżył, to bardzo ciężko będzie mu opowiedzieć, co się rodzi, kiedy widzi się wielkie szczyty, widzi się niesamowity bezmiar tych gór, kiedy czuje ich potęgę, kiedy czuje siłę wieków, które w nich tkwią.

I podobnie trochę jest z Mszą trydencką — jeżeli się na niej nie było, to słuchanie o niej jest trochę bajką o żelaznym wilku. Ale w momencie, gdy pierwszy raz przyjdzie się na tę Mszę w rycie nadzwyczajnym, kiedy zobaczy się, jak niesamowicie głęboko przeżywa się obecność w niej — nie tylko dlatego, że wszyscy dokoła tak przeżywają, że kapłan jest wyjątkowo święty, bo kapłani są pewnie różni, ale jak mądrze jest ona skonstruowana, jak wszystkie rzeczy prowadzą tam nawzajem do siebie, jak pięknie wyważone jest milczenie, modlitwa, klęczenie i stanie, śpiew i to co mówione. Te proporcje, które tak naprawdę nie przypadkiem prawdopodobnie były określane przez Agathę Christie jako najpiękniejsza rzecz po tej stronie nieba, nie przypadkiem powodowały, że ludzie nawracali i do dziś nawracają na wiarę katolicką.

Czy jest to coś, czego nie ma na nowej Mszy? To pewnie zależy. Pewnie są takie kościoły, gdzie w Novus Ordo można odnaleźć to poczucie głębi. Ale to nie jest kwestia księdza, czy kwestia wspólnoty. Gdyby tak było — to byłoby prościej. To kwestia rytu, który w niektórych swoich aspektach ma prawie 2000 lat i tę głębię się czuje. Tego Pana Boga zupełnie inaczej spotyka się w tzw. Mszy wszech czasów, a zupełnie inaczej mimo wszystko spotyka się go w nowej Mszy. Oczywiście on jest w obu, ale w Mszy tradycyjnej jest inaczej. I dlatego warto iść — nie dla frędzli, nie dla trybularza, nie dla kadzidła, nie dla modlitwy po łacinie, nie dla księdza, który stoi tyłem do ludzi, a jednocześnie prowadzi tych ludzi za sobą do Boga — do którego stoi twarzą. Najważniejsze jest to, że gdzieś między ciszą a słowami można spotkać Boga. Dlatego że, jak mówi stara rzymska zasada „lex orandi — lex credendi”, ciągle jeszcze aktualna. To, w jaki sposób się modlimy, w taki sposób wierzymy. I jest mądrość w tej zasadzie. Jaka? Najprościej pójść na najbliższą Mszę trydencką, na najbliższą Mszę w rycie nadzwyczajnym i po prostu ją odkryć. Nie ma się czego bać. Dzisiaj dostępne są mszaliki czy nawet wydruk z Internetu. To jest banalnie proste, trzeba to zrobić i po prostu iść. Także i dlatego trochę wstydem jest dla osoby, która mówi o sobie, że jest świadomym katolikiem, a która nie wie, jak wyglądało wiele setek lat rozwijania się rytu katolickiego.
Zapraszam.